Akcja Nakarm koty z Cote 7
Siódma edycja akcji „Nakarm koty z Cote” ruszyła pełną parą!
Grudzień 16, 2019
Historia kota Grzegorza czyli dlaczego warto adoptować.

Co roku przygotowania do akcji Nakarm koty z Cote zaczynamy coraz wcześniej. Przez kilka edycji, tworząc materiały marketingowe, korzystaliśmy ze zdjęć kotów z banków ilustracji. Były oczywiście ładne, dopracowane i w odpowiedniej rozdzielczości. Ale czegoś nam brakowało… Brakowało prawdziwej historii, która kryje się za każdym zwierzęciem i jego właścicielem. Są to historie zazwyczaj nacechowane miłością, humorem, przywiązaniem.

Dwa lata temu postanowiliśmy zatem, że naszą akcję powinien sygnować kot, którego historię choć trochę znamy. Realny. Tak powstał pomysł na wyłonienie „kota Akcji” w konkursie dla fanów marki Cote. Znaleźliśmy najlepszą fotograf zwierząt „Anifotografia”, która potrafi nie tylko uchwycić na zdjęciach piękno zwierzęcia ale także ma duże doświadczenie w pracy z czworonożnymi modelami.

W tegorocznej edycji konkursu zgłosiła się do nas właścicielka Grzesia – kota którego historia pokazuje nam, że każde zwierzę zasługuje na szansę. Na to by o nie walczyć, dbać, adoptować… A miłość jak karma – wróci do nas na pewno! poniżej historia Grzegorza w słowach jego właścicielki.

Kot Grzegorz przed adopcją. Zdjęcia własne właścicielki kota.

W listopadzie 2017 zobaczyłam post na jednej z grup kocich, gdzie dziewczyna już wręcz błagała o pomoc dla małego czarnego kotka. Zebrała nieboraka spod krzaka, ledwo żywego, było zimno, wiał silny wiatr (orkan Grzegorz, wiał pod kątem), były Zaduszki, wszyscy lekarze zamknięci bo to wioska pod Głogowem. Na grupie prosiła o pomoc dla niego, co mu podać, do jakiej fundacji w okolicy dzwonić po pomoc… Ludzie podpowiadali i bardzo przejęli się jego losem. Udało się w końcu załatwić weterynarza. Pojechała i usłyszała, że kot jest do uśpienia bo ma do usunięcia oko, a operacji w chwili obecnej nie przeżyje że względu na stan ogólny. Anemia, zarobaczenie, świerzb, przechylona znacznie główka (czyli pewnie guz albo neurologiczny problem – czyli po co leczyć i wydać kupę kasy… A kot pewnie i tak zaraz padnie).

Dziewczyna nie pozwoliła go uśpić. Raportowała na grupie jego stan. Jedna z administratorek jest moją koleżanką – oddany weterynarz, z Opola. Była noc a Ula (weterynarz) napisała do Pauli, która opiekowała się kotem, żeby w te pędy przywiozła go do Opola bo rzeczywiście bez pomocy nie przeżyje. No i nad ranem dotarł konwój z pacjentem do Opola. Wychudzony, żółte futro, zatopione w ropie oko oraz uszy. No i się zaczęło.

Ludzie z tej kociej grupy utworzyli zbiórkę dla Grzesia. Uzbierało się kupę kasy. Ula badała, leczyła, „kroplówkowała”, przekazywała najświeższe informacje na grupie. Ja byłam obecna w tej historii od pierwszego posta Pauli. Zdjęcie Grzesia wbiło mnie w fotel. A to poświęcenie tylu ludzi, brak obojętności (z wyjątkiem tego pierwszego weterynarza), walka o zwyczajnego nierasowego, bardzo potrzebującego pomocy „Ktosia” po prostu była niesamowita. Woziłam Uli jedzonko dla Grzesia, a jego stan wtedy był bardzo ciężki choć już wiadomo było, że nikt oka nie będzie usuwał tylko walczymy. I dzięki darczyńcom było za co.

Kot Grzegorz. Bohater akcji Nakarm koty z Cote 7. Zadbany i szczęśliwy w obiektywie Anifotografia

Minął miesiąc, kiedy Grzesio zaczął dochodzić do siebie. Ula zabrała go do swojego domu bo już nie pierwszy raz  jakiemuś biedakowi tak pomaga właśnie. Nie ogłaszała Grzesia do adopcji bo widziała co się dzieje u mnie. Mianowicie moja koteczka była już bardzo chora i wkrótce odeszła, a Ula widziała jak my z Grzesiem na siebie reagujemy. No co tu dużo mówić, myśmy się po prostu zakochali w sobie od pierwszego spojrzenia. Kiedy pierwszy raz wzięłam go na ręce, obsiuranego a on spojrzał tymi żółtymi gałami na mnie… no to podobno już było wszystko wiadomo. I chyba tylko ja nie wiedziałam co się dzieje bo byłam bardzo załamana stanem mojej kochanej koteczki, którą zresztą też wzięłam bardzo chorą i która miała białaczkę i była cuuudooowną przyjaciółką przez 13 lat.

Kiedy zadzwoniłam do Uli, że Kiteczka właśnie odeszła, to dowiedziałam się wtedy, że przecież Grzesio na mnie czeka. Jak przywiozłam go do domu, po kilku godzinach od tego telefonu, to rozmruczał cały mój ból od razu. Mruczał i hruczał żołądkiem i gardłem. Przejął poduszkę Kiteczki. Nie odstępował mnie na krok i tak już pozostało do dzisiaj. Kochamy się strasznie i na każdym kroku on daje mi to do zrozumienia. Kiedy czasami bandzioruje i ma ochotę zamordować Lucynkę albo Patrylę (moje dwa pozostałe koty) to wystarczy, że wezmę go na ręce tak jak kiedyś i wycałuję po zębach i oczach i wygłaskam i bandzior zamienia się w pluszaka.

Kot Grzegorz. Bohater akcji Nakarm koty z Cote 7. Zadbany i szczęśliwy w obiektywie Anifotografia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *